W zasadzie to do dziś nie wyjaśniono, jakie motywacje kierowały działaniami Marzeny Domaros, ps. Anastazja Potocka. Czy była powiązana z Urzędem Ochrony Państwa i pomagała zbierać haki na polityków odrodzonej ojczyzny? A może nie był to UOP, a redaktor Jerzy Urban, lubiący wkładać kij (w tym przypadku kobietę) w mrowisko? Czy była jedną z tych, którzy w dopiero co na nowo organizującym się państwie dostrzegli łatwy sposób na szybkie zdobycie popularności i majątku? Niewykluczone, że ośmielona wcześniejszymi drobnymi oszustwami, postanowiła dobrze się zabawić i z tej zabawy uczynić styl życia.
Jej barwna, choć krótkotrwała, historia zainspirowała twórców sztuki pt. „Erotyczne immunitety, sex i transformacja” – Jolantę Janiczak, dramaturżkę, autorkę tekstów piosenek i współreżyserkę oraz Wiktora Rubina, reżysera, którzy z pewnością dostrzegli w niej uniwersalność i ponadczasowość. Bo takie spektakle rozgrywają się od zarania dziejów. Ludzi, którzy chadzają na skróty, żerują na innych, spijają śmietankę z działania innych, odcinają kupony od swoich walorów zewnętrznych czy sprytu, nigdy nie brakowało i nie zabraknie. Uwodzenie dla przyjemności i dla zarobku – to zjawisko powszechne. To konkretne zostało nagłośnione, bo sama bohaterka opisała je w dwóch książkach, z których pierwsza (wyartykułowana z pomocą ghostwritera) była bestsellerem.
Kolorytu historii Anastazji P. dodaje czas akcji. Transformacja ustrojowa, która wprowadza do polityki wielu nowych ludzi, niedoświadczonych w życiu parlamentarnym i która rozluźnia rygorystyczne postkomunistyczne obyczaje w sferze publicznej. To czas, kiedy zasady współpracy polityków, mediów i biznesu są jeszcze w powijakach, a zażyłość przedstawicieli władzy z reprezentantami innych dziedzin nie podlega jeszcze napiętnowaniu. Szczególnej aury dodaje też miejsce akcji: polski sejm, tygiel różnorakich poglądów co do kształtu rodzącej się demokracji, kłębowisko barwnych ludzkich charakterów, których raczkująca demokracja uczyniła wybrańcami narodu oraz siedlisko grzechu, któremu sprzyjają wszelkie zgromadzenia, z narodowym na czele. I wreszcie ona, wymarzona postać farsy, komedii, opery mydlanej, dramatu i tragedii jednocześnie. Niedoszła absolwentka polonistyki, nauczycielka, pracownica domu kultury i centrum dziecięcej edukacji teatralnej oraz trójmiejskich mediów. Już wtedy odezwała się w niej żyłka do oszustw, skłonność do manipulacji, kłamstwa i wykorzystywania innych dla korzyści własnych. W 1992 roku wypłynęła na szersze wody, korzystając z wyniesionej ze szkoły znajomości języka Moliera. Jeden z francuskich dziennikarzy pomaga jej uzyskać akredytację prasową przy Sejmie RP jako korespondentki paryskiego dziennika „Le Figaro”. To kolejny smaczek tej malowniczej opowieści, Figaro jest wszak sprytnym sługą, postacią teatralną i operową. Już wtedy Marzena przeistacza się w Anastazję, hrabinę Potocką, co nie wzbudza wątpliwości, zważywszy na utrwalone w narodzie przekonanie o jurności polskich arystokratów oraz unicestwione wraz z komunizmem zawstydzenie płynącą w żyłach błękitną krwią. Wstydu nie czuje też nasza bohaterka, gdy zadłuża się u polityków.
Pod koniec 1992 roku ukazuje się książka pt. „Pamiętnik Anastazji P. Erotyczne immunitety”, w której autorka opisuje szczegółowo swoje intymne spotkania ze znajomymi posłami. Spalona w parlamencie jako dama do towarzystwa, planuje kandydowanie do Sejmu kolejnej kadencji. Próbuje też bez powodzenia sił jako piosenkarka. Później słuch o niej zaginął. Ponoć ma córkę o imieniu Nadzieja, co gdyby okazało się prawdą, byłoby całkiem niezłym happy endem jej żałosnych przygód. Dobrze, że twórcy widowiska przypomnieli nam ten ponury jednak przypadek w formie szaleńczej komedii, bo czas nawet tragiczne wydarzenia potrafi wyśmiać, dodać dystansu i wydobyć z nich ironię, by krytyka była bardziej subtelna. Niestety niektóre sceny w olsztyńskim przedstawieniu (choćby bidet w makiecie budynku sejmowego) do wysublimowanych raczej nie należały. Aktorzy (Milena Gauer, Barbara Prokopowicz, Agnieszka Giza-Gradowska, Zuzanna Wicka, Maciej Cymorek, Radosław Hebal, Marcin Kiszluk, Wojciech Rydzio, Mikołaj Trynda i gościnnie Kamil Drężek oraz studenci) dwoją się i troją, wciągając widzów w beztroską zabawę. Często wyobrażam sobie naszych posłów w krótkich spodenkach, a tu kostiumolog, Rafał Domagała, poszedł dalej, bo rozebrał ich do bokserek lub slipek. Na dodatek reżyser kazał niektórym pozbyć się też bielizny i zaprezentować walory nie tylko aktorskie. Bazarowe marynarki dopełniły siermiężnego wizerunku pierwszego wolnego parlamentu. W tym miejscu warto wspomnieć o ostatniej teatralnej modzie na kreowanie postaci męskich przez aktorki. Nie czepiam się, tym bardziej, że jedna z nich, Barbara Prokopowicz, zbudowała świetną komiczną kreację, a jej obrazowa wizja idyllicznych wiejskich scenek w wykonaniu studentek miejscowego studium to istna perełka. Jak już jestem przy pochwałach, to nagrodę za rolę męską otrzymuje ode mnie Marcin Kiszluk, m.in. za brawurowe wykonanie piosenki Bryana Adamsa „Everythink I do I do it for you”. Wiadomo, wszystko co robią posłowie, robią przecież dla nas. Na pokuszenie wodziła, jak Bóg ją stworzył, Milena Gauer. Znana ze znakomitych ról wyzwolonych kobiet i tym razem, za sprawą autorki tekstu, nie poprzestała na odegraniu prowincjuszki, która uwierzyła, że wraz z nowa erą wszystko jej się po prostu należy. Wzięła więc swoje życie w swoje ręce i nie tylko. W swoim prawdziwym życiu pogubiona i zapomniana blagierka i manipulatorka, w spektaklu odradza się jako bojowniczka o prawa kobiet.
Po tej jeździe bez trzymanki refleksje wcześniej czy później się pojawią. Bo o ile początek transformacji, brak doświadczenia i obycia parlamentarnego mógłby być nieśmiałym wytłumaczeniem tej erotycznej afery, to wszystkie późniejsze trzeba już złożyć na karb ludzkiej naiwności, bezczelności, słabości i innych wad, przed którymi nie chroni otrzymany mandat poselski. Nawet w szeregach partii głoszącej świętość rodziny, prymat religii i czystość moralną, zaskakuje mnogość incydentów pod hasłami: pożądliwość, żądza i pazerność. I to pomimo starań jej prezesa, by noce też poświęcić na głosowanie zamiast na baraszkowanie. No cóż, mandat kojarzy się z odpowiedzialnością, immunitet natomiast z wolnością. Mimo że jest on przypisany jedynie do działalności politycznej, wielu posłów miewa ciągoty, by zamieniać go w tarczę, za którą hulaj dusza, piekła nie ma. Smutną pospektaklową konstatacją jest, że ten surrealistyczny obraz naszego parlamentu oglądamy po dziś dzień. Pokłady hipokryzji, bożoojczyźnianych obsesji i zacietrzewienia budzą przerażenie, a jeśli śmiech, to z bezradności. We foyer teatru dały się słyszeć głosy, że to nieco przydługie widowisko można byłoby skrócić o kilka męskich członków, choć pewnie oburzenie epatowaniem seksem dopiero nadejdzie. No cóż, parlamentarzyści zawsze potrafili załatwić sobie dyspensę, a teatr już po wsze czasy tonął będzie w grzechu.
Istnieją niewielkie szanse na zmianę ludzkich charakterów. Pozostaje nam więc jedynie rozsądnie wybierać do nomen omen ciał przedstawicielskich ludzi, którzy potrafią utrzymać na wodzy chcicę i chciwość. Sejm niech pozostanie parlamentem, a tragedie i słabości człowieka oraz jego zachowania nieparlamentarne zostawmy teatrom. Cokolwiek by nie powiedzieć, to nasza rodaczka na długo przed aferą MeToo odegrała się na mężczyznach, którym się wydaje, że mając władzę i pieniądze mogą bezkarnie wykorzystywać kobiety i dzieci. Anastazji P. daleko do lady Makbet, Balladyny, Kleopatry czy Salome, ale dzięki olsztyńskiej scenie wdarła się do grona teatralnych femme fatale.
Jerzy Szczudlik