Jerzy Szczudlik | 2026-03-01 11:54
„Pan Tadeusz” w Olsztynie, czyli w Europie
Scena ze spektaklu „Pan Tadeusz” w reżyserii Sławomira Narlocha (Fot. Karo Nowak - Reportaże)
Po obejrzeniu spektaklu „Pan Tadeusz” w teatrze Jaracza w Olsztynie warto sobie zadać pytanie: co autor miał na myśli? Nie Adam Mickiewicz, bo na to pytanie każdy z nas odpowiadał wielokrotnie w czasach szkolnych, lecz twórca widowiska, jego adaptator, reżyser i autor tekstów piosenek, Sławomir Narloch.
Prezentacja narodowej epopei jako niemal musicalu to zabieg, moim zdaniem, w pełni uzasadniony. Już sam wiersz, trzynastozgłoskowy aleksandryn, to nie tylko czysta poezja, to prawdziwa muzyka. Również sceny muzyczne w poemacie, takie jak koncert Jankiela, koncert Wojskiego, czy końcowy polonez mogły bez trudu naprowadzić reżysera na pomysł, by przekształcić go w show.
Kolejna sprawa to nawiązanie do teatru antycznego. Utwór nazywany epopeją, którą jest z pewnością „Pan Tadeusz”, pochodzi z Grecji. To długi, wierszowany tekst, który przedstawia nam losy bohaterów na tle wydarzeń, czy to historycznych, czy zaczerpniętych z mitologii narodowej. Ten trop wyda się jeszcze bardziej oczywisty, jeśli uświadomimy sobie, że miejscem akcji jest Soplicowo, leżące na Litwie, a zatem w Europie. Nie nigdzie, bo w ówczesnej Rzeczypospolitej, a właśnie w Europie. Wiem, że wielu moich rodaków nie chce, aby Chopin był pół-Francuzem, Skłodowska była też Curie, Litwa naszą Ojczyzną, a Mickiewicz Wielkim Emigrantem. Jednak przed historią nie uciekniemy, choć możemy ją przecież kształtować. Wzbogacona o europejskie kraje Inwokacja na scenie Jaracza - to dobry początek uniwersalnej i ponadczasowej opowieści, nieważne czy sprzed dwóch wieków, czy sprzed tysięcy lat.
Umieszczając „Pana Tadeusza” w antycznym teatrze, reżyser powołał do życia Kanefory, kobiety, które w starożytnej Grecji podczas kultowych obrzędów nosiły na głowie lub na ramionach kosze pełne owoców i kwiatów. Były pośredniczkami pomiędzy ludźmi i bogami. Z pewnością aktorki, Alicja Kochańska, Katarzyna Kropidłowska i Zuzanna Wicka, jako kobiety z krwi, kości i powabu, wnoszą do przedstawienia czar, a może nawet czary. Od tamtych dziejów minęło sporo lat, możemy więc sobie łatwo wyobrazić, że z Kanefor przekształcą się w kamienne Kariatydy, które podtrzymują na swych ramionach los Europy.
Kobiecość odgrywa w spektaklu rolę szczególną. Ugruntowane w świadomości czytelników męskie postaci (m. in. Rejenta i Asesora) grane są tu właśnie przez kobiety. Skoro w antycznym teatrze miały one zakaz wstępu na scenę, a role kobiece odgrywali wyłącznie mężczyźni, podpierając się kostiumem, maską i peruką, to w dzisiejszych czasach nic nie stoi na przeszkodzie, by było odwrotnie. Może czas porzucić przekonanie, że świat kręci się dzięki mężczyznom, wojownikom i zwycięzcom. Dostrzec na obrazach nie tylko powstańców, uzbrojonych w co tam kto miał, lecz również ubrane w czarne suknie babki, matki i siostry. Bo to dzięki nim będziemy mogli ostatnie księgi kolejnych narodowych epopei nazwać: „Kochajmy się”.
Następna zagadka teatralna to Bocian, w spektaklu grany fantastycznie przez Wojciecha Rydzia. Tak jak biały orzeł jest znakiem polskości, tak bociana możemy uznać za metaforę odradzającego się życia. W epopei pojawia się dopiero w księdze XI, jako zwiastun czegoś nowego. Na scenie ląduje już na początku, a reżyser w uznaniu zasług na rzecz ludzkości nadał mu cechy osobowe. Powierzył mu też rolę narratora, który z dostojnością bocianiego chodu, czasem z klekotem, prowadzi nas przez cały utwór, godnie zastępując autora dzieła.
Na uwagę zasługuje też brak w przedstawieniu Zosi. W Mickiewiczowskim „Panu Tadeuszu” dziewczyna pojawia się i znika, może więc Sławomir Narloch uznał, że jej obecność nie jest konieczna. Gdybyśmy umieścili akcję w naszych czasach, to co innego. Zainteresowanie kilkunastoletnią delikatną i urokliwą panienką ze strony mężczyzn wzbudziłoby zrozumiałe emocje. W tym przypadku lepiej skupić się na Telimenie, opiekunce sieroty po Ewie Horeszkównie. To dama, udająca idealistkę, wyróżniająca się ubiorem i manierami, wykształcona bywalczyni i znawczyni. Wieszcz włożył w tę postać sporo komizmu. Widzimy manipulatorkę, przedkładającą obce, w tym rosyjskie, wzorce ponad polskie, a miłostki ponad miłość do ojczyzny. Pozerkę, której celem jest zamążpójście. Lecz jest w niej coś, co kazało Mickiewiczowi uczynić z niej jedną z głównych bohaterek poematu, a czytelnikom ją szczerze polubić. Ewa Pałuska-Szozda potwierdza swoją efektowną grą ten mickiewiczowski obraz kobiety niezależnej w czasach, gdy do prawdziwej emancypacji było jeszcze tak daleko, jak z Wilna do Aten.
Gdy mowa o pominiętych postaciach, warto przywołać Protazego i Wojskiego. Widocznie spór Gerwazego z Protazym i koncert Wojskiego nie zmieściły się w koncepcji. Na wysłuchaniu gry na rogu tak bardzo mi nie zależało, choć coś we mnie pęka, gdy czytam lub słyszę: „Natenczas Wojski chwycił na taśmie przypięty...”. W zamian mamy godny pochwały koncert skomponowany przez Jakuba Gawlika, wykonywany w spektaklu na żywo przez zespół pod kierownictwem Mateusza Cwalińskiego.
Jacka Soplicę poznajemy w poemacie jako zaawansowanego wiekowo i doświadczonego mężczyznę, ojca dorosłego Tadeusza, zakonnika, który wkrótce dokona żywota z powodu odniesionych wcześniej ran. Powierzenie tej roli młodej wschodzącej gwieździe teatru Jaracza, Maciejowi Cymorkowi, to ciekawe posunięcie. I przekonujące, jeśli uświadomimy sobie, ile młodzieńczej fantazji, męstwa i ducha walki potrzeba, żeby po awanturniczej młodości, nieszczęśliwej miłości zakończonej zabójstwem, po latach odkupywania win w walkach w Legionach Polskich, po odniesionych ranach, po zakonnej pokucie, podjąć się jako emisariusz Napoleona tajnej misji agitacji litewskiej szlachty i chłopów do powstania przeciw Moskalom.
Sławomir Narloch tworzy barwne widowisko, istną mieszankę konwencji od greckiej tragedii po komedię i farsę. Dynamiczna choreografia autorstwa Michała Cyrana, niezwykle malownicza scenografia Maksa Maca oraz jego efektowne kostiumy, ekspresyjna muzyka Jakuba Gawlika i wokalne popisy całego zespołu w połączeniu z klasycznym tekstem to mieszanka wrażeń, które powodują mętlik w głowie. Oczywiście będą tacy, którzy skrzywią się na widok strzelb jako elementu rynsztunku greckiego wojownika, skrytykują niedopasowanie muzyki do scenerii i zganią wiele innych pomysłów, wymienionych przeze mnie wcześniej. Muszę niestety i ja wrzucić kamyczek do ogródka i wcale nie nieobecnej Zosi, a reżysera. Piosenki to, moim zdaniem, zbędny dodatek, raniący arcydzieło, a na protest song Tadeusza lepiej ukryć pod mnisim kapturem księdza Robaka.
Lecz ten nadmiar emocji, przeżyć, a nawet szoków ma nas zmusić do pospektaklowych refleksji. Mamy się dobrze bawić, ale nie pozostać obojętni. Reżyser eksperymentując na scenie z tekstem narodowej epopei, ośmieszając ojczystą tromtadrację, uwidaczniając zbieżność ogrodowych krasnali z napisem na czerwonej czapce bejsbolówce: „Make Soplicowo great again”, chce nas sprowokować do poszargania świętości, które nie pozwalają nam opuścić kruchty i zaścianka. Pragnie nam przypomnieć, że od antyku ludzkie namiętności pozostają takie same, choćby wymienione przez niego w zapowiedzi spektaklu: żądza władzy, pożądanie, zazdrość. Od tysiącleci trwa w nas też walka wielkoduszności z małostkowością i mądrości z głupotą. Toczymy, często jałowe spory, walki o przysłowiową pietruszkę czy sprawność chartów Kusego i Sokoła, wyniszczające wojny wywoływane przez jednego człowieka z rozbuchanym ego. I nie wyciągamy wniosków, zamykamy w sobie swoje nie zawsze słuszne racje na lata, nie siadamy do stołu, a jak już siadamy, to pod byle pretekstem od niego odchodzimy. Nie pobieramy nauki od skłóconych pokoleń. Nie działamy razem dla wspólnej i zgodnej przyszłości. Świat antyczny zginął, ale na jego zdrowych i pięknych podstawach powstał nasz świat oraz nasza Europa. Rozmawiajmy więc tak długo, aż w sprawach najważniejszych dojdziemy do porozumienia. A co do „Pana Tadeusza”, wybierzmy się po prostu do teatru Jaracza na przedstawienie. Spróbujmy popatrzeć na to dzieło okiem wieszcza, reżysera i widza. Jeśli wyjdziemy z przekonaniem, że jesteśmy częścią Europy, to znaczy, że wszyscy twórcy sztuki wykonali dobrą robotę. I na koniec:
U bliskiej brzeziny
Było wielkie mrowisko, owad gospodarny
Snuł się w koło po trawie, ruchawy i czarny;
Nie wiedzieć, czy z potrzeby, czy z upodobania
Lubił szczególnie zwiedzać Świątynię dumania;
Od stołecznego wzgórka aż po źródła brzegi
Wydeptał drogę, którą wiódł swoje szeregi.
Nieszczęściem, Telimena siedziała śród dróżki;
Mrówki, znęcone blaskiem bieluchnej pończoszki,
Wbiegły, gęsto zaczęły łaskotać i kąsać,
Telimena musiała uciekać, otrząsać,
Na koniec na murawie siąść i owad łowić.
Nie mógł jej swej pomocy Tadeusz odmówić;
Oczyszczając sukienkę, aż do nóg się zniżył,
Usta trafem ku skroniom Telimeny zbliżył -
W tak przyjaźnej postawie, choć nic nie mówili
O rannych kłótniach swoich, przecież się zgodzili;
I nie wiedzieć jak długo trwałaby rozmowa,
Gdyby ich nie przebudził dzwonek z Soplicowa.
I co? Można się dogadać i pogodzić? Można. Byleby tylko za szybko ktoś nie zadzwonił. O, trzeci dzwonek! Czas usiąść na widowni. A potem bijąc brawo, wypadałoby wspomnieć też ciepło dyrekcję teatru im. Stefana Jaracza w Olsztynie za konsekwentne zapraszanie do współpracy uznanych polskich, a więc i europejskich, twórców teatralnych.
Jerzy Szczudlik
UWAGA: W związku z wprowadzeniem do polskiego porządku prawnego z dniem 25 maja 2018 r. Rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) z dnia 27 kwietnia 2016 r. nr 2018/679 (RODO) informujemy, że wyłączyliśmy możliwość komentowania artykułów w serwisie Olsztyn24. Wszystkie dotychczasowe komentarze wraz z danymi osobowymi komentujących zostały usunięte.
Osoby chcące wypowiedzieć się na prezentowane na naszych łamach tematy zapraszamy do komentowania na naszym profilu facebookowym oraz kanale YouTube.